Uwaga, jestem na diecie, czyli felieton z przymrużeniem oka

Byłam już na wszystkich możliwych dietach. Naprawdę. To, że nadal mam nadwagę, świadczy wyłącznie o tym, że wszystkie te diety to bujda!

  1. Dieta obrotowa – gdzie się nie obróciłam, tam coś pożarłam.
  2. Dieta rozdzielna – rozdzielałam białka od węglowodanów, bo w końcu kto je jajka sadzone polane nutellą?
  3. Dieta śródziemnomorska – uwielbiam kuchnię włoską i polewanie wszystkiego duuużą ilością oliwy..
  4. Dieta kapuściana – całą „kapustę” jaką zarobiłam, przepuściłam na słodycze i fast-foody.
  5. Dieta kosmonautów – mówię wam, smak szarlotki mojej babci normalnie wywala w kosmos!
  6. Dieta na surowo – myślałam, że wystarczy surowe spojrzenie w lustro, a metabolizm znacznie przyspieszy..
  7. Dieta 1000 kalorii – 1000 kalorii na śniadanie, 1000 kalorii na obiad, 1000 kalorii na kolację… co ja robiłam źle!?
  8. Dieta paleo – z obrośniętych kurzem i mchem skrytek mojej piwniczki i spiżarni udało mi się wykopać jakieś resztki łakoci z niepamiętnych czasów.
  9. Dieta eliminacyjna – po eliminacji wszystkiego, co mi nie smakuje, zostały mi tylko kabanosy, frytki, pączki i batoniki.
  10. Dieta bezglutenowa – witajcie chrupki, wafelki, białe chlebki, czekolady, słodycze, przekreślony kłos odchudza! 😉 a skoro odchudza, to powyższe zjadam jako uzupełnienie zwykłej diety. 😉
  11. Dieta hollywoodzka – rano film, w południe film, wieczorem film… do tego wiaderko popcornu, obowiązkowa pozycja leżąca lub półleżąca… trochę trudno było trzymać tę dietę w pracy… to przez szefa nie udało mi się zgubić ani grama!
  12. Dieta cud – ciągle jeszcze czekam, aż zacznie działać. 😉

Najskuteczniejsza była dieta 14-dniowa – straciłam dokładnie 14 dni. 😉

Starałam się też ruszać , a jakże, czasem nawet bardzo szybko – w końcu muszę zdążyć zanim zamkną cukiernię. 😉 W tym momencie jestem na dwóch dietach… bo na jednej jestem zbyt głodna.

Zazdroszczę koleżance, która może sobie pozwolić na pączka do kawy i nie tyje. Tyle, że ona pije kawę raz w tygodniu, a ja trzy razy dziennie… ale ostatnio w snack barze zdecydowałam się jednak na niskokaloryczną wersję posiłku i do dwóch burgerów, żeberek i trzech porcji smażonych ziemniaków zamówiłam napój ze słodzikiem zamiast cukru. Wszystko to na nic. A ja naprawdę się staram, staram się jeść trzy posiłki dziennie – choć zlewają mi się w jeden duży posiłek, staram się nie jeść po 18.00 – gorąca czekolada się nie liczy, przecież to napój!

Tak bardzo chciałabym być atrakcyjna dla płci przeciwnej, ostatnio w markecie chodził za mną jakiś facet, nie powiem, przystojny nawet-nawet, miałam nadzieję, że zagada… niestety, na dziale warzywnym omyłkowo złapał mnie za pośladki, myląc je z dorodną dynią. Może to i lepiej, bo po co mi taki krótkowidz?

Moja rodzina nie ma lekko. Ciągle zmiany. Jem mięso, nie jem mięsa, jajka won, jajka kup. Owoce to zło, nie zapomnij kupić jabłek! Ziemniaki tuczą, ziemniaki uniewinnione!

Robimy detoks od słodyczy, ale najpierw trzeba wyjeść to, co jest, żeby nie kusiło… z drugiej strony co to za wyzwanie, gdy w domu tylko seler naciowy i jogurt naturalny… i tym oto sposobem obłędne koło diety się zamyka.
AZ

Udostępnij artykuł w swojej sieci:
Menu